„Jak niesie wieść rodzinna, jestem szóstym pokoleniem muzyków w naszej rodzinie”

07.10.2022

„Jak niesie wieść rodzinna, jestem szóstym pokoleniem muzyków w naszej rodzinie”

Z Jarosławem Woszczyną rozmawiamy o zbliżającym się wieczorze muzycznym w restauracji ArcheVita, początkach „spotkań muzycznych” w miejskiej przestrzeni i o tym, jak to się stało, że pan Jarosław związał swoje życie z muzyką.

Teresa Szajer: Zacznijmy od tego, jak w ogóle powstał pomysł „spotkań muzycznych” w Hotelu Arche?

Jarosław Woszczyna: Od 2013 roku w plenerowej przestrzeni miejskiej Częstochowy organizowałem własne koncerty pod nazwą „MUZYCZNY PUNKT SPOTKAŃ JAROSŁAWA WOSZCZYNY” w ramach akcji „Aleje – tu się dzieje”. Zapraszałem do nich bardzo różnych wykonawców. Przez siedem lat odbyło się ponad pięćdziesiąt koncertów, a moja wierna publiczność miała okazję wysłuchać m.in. Włodzimierza Nahornego, duet Halinę Benedyk i Marco Antonellego, Krzysztofa Antkowiaka i wielu innych artystów z kręgu m.in. jazzu, operetki, bluesa, rocka, muzyki poważnej. Mniej więcej w tym czasie został otwarty nowy hotel w Częstochowie, do którego zwróciłem się z propozycją współpracy, ponieważ wydało mi się, że mają tam na tyle sympatyczne i przestronne wnętrza, że można je wykorzystać w celach koncertowych czy też do zorganizowania innych imprez muzycznych. Przez pierwsze dwa lata od tej propozycji nic się nie wydarzyło, ale później hotel Arche sam zaproponował, żeby coś wspólnie zorganizować. Udało nam się zrealizować kilka takich koncertów jeszcze przed pandemią.

TS: Zaprasza pan do udziału różnych gości…

JW: Ze względu na to, że moje nazwisko funkcjonuje w kręgach muzycznych już od lat, pomysł był taki, że mam firmować te wydarzenia i zapraszać znajomych muzyków. Na jednym z nich moim gościem była Krystyna Nowak – częstochowianka dysponująca niezwykłym sopranem koloraturowym, która wówczas była solistką teatru Opera Nova w Bydgoszczy. Do współpracy zaprosiłem też duet jazzmanów: Marzena Słowik i Luigi Leoni. Wystąpił też żywiołowy Krzysztof Wałecki z zespołu „Vintage” i jednocześnie wokalista zespołu „Oddział Zamknięty”, który od lat śpiewa wszystkie piosenki za Krzyśka Jaryczewskiego.

TS: Sam pan szuka i wybiera tych artystów, którzy występują na scenie w ArcheVita?

JW: Tak, mam dowolność w wyborze wykonawców. Najczęściej są to znajomi, z którymi grałem i utrzymuję przyjacielskie relacje. Już od wielu lat, z racji wykonywania zawodu muzyka, posiadam duże grono znajomych artystów, którzy chętnie przyjmują zaproszenie do współpracy. Przez siedemnaście lat grałem w Gliwickim Teatrze Muzycznym ,a także w innych teatrach – stąd m.in. mam kontakty z artystami, którzy wykonują muzykę operową, operetkową czy musicalową. Artyści z tego kręgu są bardzo lubiani przez publiczność, a ich występy cieszą się dużym zainteresowaniem. Wiem to z koncertów „alejowych”, które organizowałem w częstochowskim plenerze.

TS: Czego może spodziewać się publiczność, która przychodzi do hotelu na pana spotkania muzyczne?

JW: To nie są stricte „poważne” koncerty jakie organizuje się, np. w filharmonii, czy w innych salach koncertowych. To wieczory, gdzie z założenia panuje niewymuszona atmosfera, gdzie można zjeść smaczną kolację, spotkać znajomych i spędzić czas w miłym gronie przy akompaniamencie dobrej muzyki. Nie można tego absolutnie nazwać typowym „graniem do kotleta”. Goście przychodzą posłuchać muzyki, która ich zaciekawi, a przy okazji mogą mieć bliski kontakt z wykonawcami, z którymi w przerwie można porozmawiać.

TS: Jaki jest plan na kolejny cykl spotkań? Kto będzie występował?

JW: W najbliższym spotkaniu weźmie udział akordeonista Miłosz Caban, który jest absolwentem naszej szkoły muzycznej, a obecnie studiuje w Katowicach. Miłosz wystąpi razem ze swoją siostrą, która gra na skrzypcach i śpiewa. Akordeon nie wszystkim kojarzył się z instrumentem koncertującym – aż do czasu Marcina Wyrostka, a przecież można na nim wykonywać z powodzeniem nie tylko muzykę biesiadną, ale też poważną, tango czy standardy jazzowe, które to będziemy mogli usłyszeć w wykonaniu Miłosza. Tego wieczoru wystąpi też Anna Bińczyk w wybranym przez siebie repertuarze, z którą miałem okazję już kilka razy współpracować. Ania należy do wokalnego Studia Metro, dysponuje przyjemnym głosem i świetnie prezentuje się na scenie. Ja też zagram coś na moich instrumentach więc myślę, że słuchacze, którzy przyjdą, nie będą zawiedzeni.

TS: A może teraz coś więcej
o panu? Gra pan od…?

JW: Mój tato, dziadek i pradziadek byli muzykami. Jak niesie wieść rodzinna, jestem szóstym pokoleniem muzyków w naszej rodzinie. Zaczynałem na klarnecie, a potem na saksofonie, co wydaje się oczywiste ponieważ mój tato był klarnecistą w  Filharmonii Częstochowskiej, gdzie przez trzydzieści lat grał na klarnecie, klarnecie basowym i na saksofonie. Niestety zmarł przedwcześnie i bardzo mi go brakuje. Był nie tylko wspaniałym ojcem, ale też doskonałym muzykiem. Do szkoły muzycznej chodziłem w Częstochowie, potem studiowałem na wychowaniu muzycznym, a ponieważ w Częstochowie nie było wydziału instrumentalnego, po studiach na WSP zdałem na Akademię Muzyczną we Wrocławiu, którą ukończyłem w klasie klarnetu prof. Mieczysława Stachury.

TS: Gdzie pan grał?

JW: W Polsce na wszystkich najważniejszych imprezach i festiwalach m.in. w  Sopocie, Opolu, Jarocinie, Brodnicy, na Rockowisku, Rawie Blues, Jazzie nad Odrą. Zespołowe granie zaczęło się u mnie w liceum, potem była „Opozycja” i pierwszy Jarocin ’81., następnie „T.Love” z Muńkiem z którym zagraliśmy w Jarocinie w ’83. roku. W 1984 roku wystąpiłem tam już z „T.Love” i z warszawskim zespołem reggae „DAAB”, z którym nagrałem płytę i przebój „W moim ogrodzie”. Była też „Formacja Nieżywych Schabuff” i płyta „Schaby”. Z zespołem „YA HOZNA” z Renatą Przemyk nagrałem jej pierwszą płytę ze słynnymi utworami „Babę zesłał Bóg” i „Protest dance” czyli „tańczę na stole kieckę zadzieram”. Ze Zbigniewem Łapińskim akompaniowałem Ewie Błaszczyk w recitalu „Tam gdzie nie widać oczu” ze słowami Agnieszki Osieckiej i muzyką Jerzego Satanowskiego. Pracowałem w teatrach: Współczesnym, Polskim i  Kalamburze we Wrocławiu, w Gliwickim Teatrze Muzycznym, z Aleksandrem Maliszewskim i jago Alex Bandem.

TS: Gra pan na więcej, niż jednym instrumencie?

JW: Akademię muzyczną skończyłem na klarnecie, jednak kiedy zacząłem grać w zespołach, używałem saksofonu bo był bardziej „rock’n’rollowy” i  można było na nim zagrać inną muzykę. Klarnet jest chyba bardziej kojarzony z muzyką klasyczną, ewentualnie z jazzem tradycyjnym, jednak mam do niego sentyment i często na nim gram. Wykonując swój zawód gram na saksofonach: sopranowym, altowym, tenorowym i barytonowym, na klarnecie oraz używam EWI (electric wind instrument), czyli elektronicznego instrumentu dętego.

TS: Grywał pan nie tylko w Polsce, również za granicą?

JW: W przeszłości tak, dużo grałem w Europie m.in Monte Carlo, Szwajcarii ale też na statkach pasażerskich w USA i na Karaibach. Z jazzowym zespołem „Sami Swoi” w latach ‚90 tych dużo wyjeżdżaliśmy do Niemiec, Holandii, Belgii. Niezapomniana jest dla mnie pierwsza trasa z zespołem „DAAB” w 1985 roku. Wyjechaliśmy na koncerty do Paryża i Amsterdamu, co w tamtych czasach nie było takie oczywiste, że zespoły wyjeżdżają i podróżują swobodnie. Myślę że wtedy z DAAB-em udało nam się coś niezwykłego, ponieważ repertuar, który mieliśmy przygotowany był wykonywany tylko po polsku. Piotr Strojnowski wokalista i autor tekstów piosenek zespołu, był bardzo charyzmatycznym wokalistą i artystą. Samą swoją obecnością, błyskiem w oku, potrafił „zahipnotyzować” i przyciągnąć publiczność, która choć w ogóle nie rozumiała polskich tekstów, stała pod sceną wpatrzona i zasłuchana. Ale tak działa muzyka…

TS: Często mówi sama za siebie… Bardzo dziękuję za rozmowę.

JW: Dziękuję.

  • Teresa Szajer
Najnowsze artykuły